Ukraina

Wpis 333 z 351
Ukraina

P1040160Ukraina. Jednym kojarzy się z mafią, złodziejstwem i całym złem świata, innym z potworną biedą, a jeszcze innym… czyli Oli i mnie z górami, które warto przeorać oponami :) Nasza wyprawa zaczyna się w miasteczku Worochta, stamtąd jedziemy w stronę najwyższego szczytu pasma Czarnohory, jak i całej Ukrainy – Hoverli. Towarzyszy nam przepiękna, upalna pogoda. Samego dojazdu na miejsce startu nie będę opisywał, bo to zasługuje na osobna opowieść ;) Na miejscu okazuje się, że za wjazd do parku narodowego Czarnohory musimy zapłacić… następnie dowiadujemy się, że w Zaroslasku (turbaza pod Hoverlą), ani nigdzie w rejonie Hoverli nie możemy dzisiaj nocować, bo rano następnego dnia ma udać się tam sam prezydent Ukrainy – Juszczenko. Prawdę mówiąc nie mamy w planach pozostawania na noc ani w Zaroslasku, ani na Hoverli, tylko gdzieś na grani, w drodze na Popa Ivana. Plany oczywiście weryfikuje rzeczywistość. Nad naszymi głowami słychać grzmoty, mimo to atakujemy szczyt. Zaczyna padać deszcz, oczywiście tylko nad Hoverlą i jej najbliższą okolica, a jak! Wszędzie wokół świeci słoneczko… Pchanie się do góry w taka pogodę nie ma większego sensu, postanawiamy rozbić się z noclegiem na granicy lasu, mimo gróźb płacenia sztrafu za pobyt w tym rejonie w czasie przyjazdu Juszczenki. Pod wieczór przestaje padać, wypogadza się, jest dość ciepło, więc zapowiada się całkiem znośna noc. Ola zasypia bez większych problemów, ja nie zmrużyłem oka przez całą noc – przez kilka godzin napastowały mnie małe, upierdliwe, ukraińskie muszki gryząc każdą odkrytą część ciała i brzęcząc za uchem. Horror. Na szczęście nocne cierpienia wynagradza przepięknie wschód słońca… P1040182Tutaj tez czeka nas jedno z najgorszych podejść, jakie można sobie wyobrazić – potworne nastromienie, kosówka i skały. Jedyną opcją jest niesienie rowerów na barkach… Po drodze ciśnienie podnoszą mijający nas żołnierze. Mimo obaw, są bardzo sympatyczni, nikt się nie czepia, zagadują, rozmawiają. Na szczycie folklor. Prezydenta jeszcze nie widać, ale impreza na górze trwa od samego rana. Ogrom żołnierzy, obsługi, przewijają się tez turyści. I do tego muzyka… Długo nie zabawiamy (klimat nam za bardzo nie spasił) i ruszamy na dół, granią, w stronę Popa Ivana. Daleko nie jedziemy, na wstępie oboje strzelamy po glebie. Ola rezygnuje, ja walczę ze zjazdem. Mega hardcorowo, rzadko się zdarza, żebym musiał uznać wyższość terenu. Miejscami chore nastromienie, skały, uskoki. Koszmarnie ciężki zjazd. W dalszej części grań także nie jest zbyt przyjazna dla rowerów, a już na pewno nie dla sztywniaka Oli. Decydujemy się strawersować szczyt Hoverli i pojechać częściowo znaną Oli drogą na przełęcz pod Petrosem. Warto nadmienić, że trawersik był zaprawdę zacny :) Potem dość długi kawałek całkiem fajnego zjazdu – nie chce mi się zakładać ochraniaczy, jadę na lekko. Za chwilę zostanę ukarany za swoje lenistwo. Za bardzo popuszczam klamki, koło blokuje mi się między skałami, zaliczam bardzo efektowne OTB. Poteżny i bolesny krwiak na goleni i uszkodzone więzadło/ścięgno w łokciu. Jeszcze tego nie wiem, ale odnawia mi się też kontuzja więzadła w nadgarstku. W efekcie przez najbliższe dni podwójnie czuję każdy kamyczek i nie mogę rozprostować i zgiąć ręki do końca. Dość przyjemny zjazd niestety się kończy, lądujemy na przełęczy pod Petrosem. Dalej już czekają nas niestety same szutrówki. Byłem lekko zdruzgotany faktem, że na Ukrainie nie ma normalnych ścieżek leśnych, jedynie rozjeżdżone przez auta bite drogi. Wszędzie. Pod Petrosem spotykamy 2 bikerow (!). Jeden to Ukrainiec z Iwano-Frankiwska, drugi to Polak z Krakowa. Zamieniamy parę słów i każdy rusza w swoja stronę. My kamienista szutrówka w dół, do Jasini. P1040272Oczywiście nie może obejść się bez snake’a. Chociaż nie ukrywam, że łatanie dętki pod Petrosem ma swój urok ;) Nocleg udaje nam się znaleźć dopiero koło 21.30 w jakimś gospodarstwie na samym końcu Jasini. Następnego dnia wyruszamy eksplorować okolice Świdowca. Na początek tradycyjna walka z dziurawymi szutrami, kilometrami ciągnącymi się w dolinach. Pogoda najpierw nijaka, potem paskuda. Docieramy do kompleksu narciarskiego Drahobrat, gdzie dopada nas deszcz. Siedzimy kilka godzin w altanie, z nadzieją na poprawę pogody. Jednak nie pozostaje nam nic innego, jak zostać na noc na miejscu. W okolicy udaje nam się znaleźć super tani nocleg w świetnych warunkach. Rano budzi nas wspaniała, słoneczna pogoda. Wbijamy się na pasmo Świdowca, kierujemy się w stronę Bliźnicy. Sam szczyt jednak odpuszczamy – nie ma sensu się pchać, cały jest zasłonięty gęstym kordonem chmur. Nie mówiąc o tym, że jest totalnie nie na naszej drodze. Udajemy się wiec z powrotem i kierujemy się dalej granią. Z głównej grani odbijamy na południe, na ramię, które sprowadzi nas doliny, którą dojedziemy do Rachowa. Przynajmniej tak nam się wydaje ;) Na koniec dnia czeka nas świetna niespodzianka ;) Otóż dolina wcale nie prowadzi nas do Rachowa, oboje jakoś przeoczyliśmy ten fakt. Mamy dwie opcje do wyboru, 40km asfaltu główna drogą, albo podjazd z dna doliny o przewyżce 500-600m. Wybieramy tą drugą opcje. Podjazd ciągnie się w nieskończoność, potem jeszcze kawał zjazdu super dziurawym asfaltem do Rachowa…

P1040333Ktoś może powiedzieć, że wyjazd na 6 dni, z czego 3 to podróże pociągami, elektryczkami, busami i pksami to bezsens. Ja uważam inaczej, dla tych 3 dni spędzonych w górach było warto. Wbrew obiegowej opinii o Ukrainie, wcale nie jest tak niebezpiecznie ani dziko. Prawda, kompletny brak szlaków, infrastruktury turystycznej oraz bardzo słabe mapy mogą zniechęcać potencjalnych turystów. Jednak przy odrobinie chęci i znajomości terenu można sobie bez większych ekscesów poradzić. Ludzie są bardzo życzliwi i pomocni. Mimo, że kompletnie nie orientuję się w mapach, dokładnie opiszą każdą ścieżkę. No i ceny pobytu są śmieszne – cały wyjazd kosztował mnie 200 zł, z czego ponad 50 wydałem w Polsce na pociągi. Same góry, mimo, że totalnie rozjeżdżone przez auta i pokryte gęsta siecią szutrówek i bitych ścieżek są PRZEPIĘKNE. Bez porównania do niczego. Świdowiec jest wręcz stworzony do mtb, całość grani, nawet dla mnie, przejezdna. 95% w siodełku. No a lufa 60km/h po trawiastym grzbiecie… po prostu bajka ;) Bardzo bym chciał tam wrócić. Na pewno wrócę.

Tekst i zdjęcia: Piotr „Zdan” Zdanecki
Opracowanie: Darek „foxiu” Dziadek

Galeria zdjęć:

Więcej zdjęć z tej, a także z  innych wypraw Zdana możecie zobaczyć w jego galerii na Picasie: http://picasaweb.google.pl/zdan1990/

2 komentarze

Andrzej25 listopada 2009 at 19:17Powtórz

Pogratulować ciekawa relacja

Jędrek26 listopada 2009 at 19:25Powtórz

Kolejny talent na naszym forum:)Piękne fotki:)

Menu