V zlot EMTB – Masyw Śnieżnika

Wpis 335 z 351
V zlot EMTB – Masyw Śnieżnika
DSC_7810

Komplet zlotowiczów (fot. Harry)

Narastające jesienne i szkolne poirytowanie podpowiada, że czas zacząć żyć latem, minionym, co prawda… ale zawsze lepsze to niż ten śnieg za oknem i temperatury poniżej zera.

Dla wielu te kilka dni są niczym święta, do których przygotowania trwają tygodniami, to czas spotkań ze swoją „rodziną”, czas odwiedzin i prób nowych smakołyków. Tegoroczne święta urządzałem ja, na swoim podwórku- w Masywie Śnieżnika. Dzieciny z całej Polski zjechały się na wielką, trzydniową, rowerową ucztę. Swoje przygotowania zacząłem już w czerwcu, ustawiając tak kampanie wrześniową, aby żadna przyziemna i mniej ważna sprawa nie kolidowała mi z jednym z ważniejszych świąt tego roku, jakim był V zlot EMTB.

Czwartego Września Roku Pańskiego 2009 o godzinie 11.33 rozpoczęło się długo oczekiwane spotkanie. Pogoda trochę lepsza niż ta, z którą kojarzy się nam Świeradów. Powoli, bez pośpiechu towarzystwo zaczyna „wkręcać” się w świąteczną atmosferę, ci, którzy już dojechali, nie czekają z jadłem i piciem na resztę. Puszki same wyskakują z bagażników i otwierają się; bynajmniej, nie są to konserwy turystyczne. W końcu góry w okolicach Świeradowa to idealne miejsce dla życia żubra.
Dawno już straciłem orientację w tym, ilu będzie uczestników i kto kiedy przyjedzie zarezerwowałem w schronisku 35 miejsc do spania

Klimatyczne schronisko

Klimatyczne schronisko. (fot. Speedy Bandito)

Już wszyscy są, ruszamy do schroniska… ja z Harrym i wesołą ekipą ELTEKA jadę z bambetlami i rowerami do góry… 6 km krętej i miejscami wąskiej stokówki prowadzącej na piękną halę. Mamy za sobą ogon… to UPC jedzie dla nas montować kablówkę, abyśmy mogli w jedną z nocy obejrzeć relację z World Championship Downhill Canberra 2009 Chłopcy jednak okazali się jednymi z nas – o kablówce możemy zapomnieć

Szybki rozładunek w 8 osób i czekamy na resztę meldujemy się w pokojach, szybki popas i czas na trasę jedziemy dzisiaj na Szczyt Śnieżnika i zjeżdżamy na drugą stronę do momentu rozpoczęcia się bagien. Niestety mój prawy „pedał” na samym początku podjazdu rozkracza się – XTR i co? 3 lata i pada? No nie… przecież serwisowałem go niedawno… Nie dojeżdżam nawet na szczyt, Handzia ratuje mnie kombinerkami i smarem, ale na nic to się nie zdaje, zapowiada się, że nie będę aktywnym uczestnikiem zlotu. Na niedomiar pecha nie mogę narzekać – ten pedał jest zapieczony od momentu kiedy wróciłem z Ukrainy rok temu – zapomniałem nasmarować.
Czekam na naszego forumowego kowala (Harlema), może on coś poradzi. Jakie „może”, ale bredzę – musi coś poradzić…

Niezawodne domowe sposoby... :)

Niezawodne domowe sposoby... (fot. Kartonier)

Po powrocie ekipy zbiera się forum debatujące, co tu zrobić….. jeden klucz imbusowy, potem drugi, trzeci obrabia się, pęka imadło, w ruch idzie kuchenka gazowa, efektów dalej brak… pęka klucz hydrauliczny… brak progresu… dopiero po 2,5h walki udaje się to odkręcić. Nagrzanie do czerwoności ośki i gwałtowne jej schłodzenie przyniosło oczekiwany efekt… Okrzyk radości był o niebo głośniejszy aniżeli ten w reklamie Heinekena. Jestem uratowany!
W międzyczasie przyjeżdżają Sudeccy górale – ATT, Jan i Malauch oraz kolega z Paryża – Filip.
Kiedy udało mi się doprowadzić moją „lochę” do stanu używalności, jest już późno, większość już śpi…
Budzę się i nie wiem, gdzie jestem, słyszę tylko „Chłopaki znalazłem Cegłę. Cegła złaź z wyra!” To szalony Tanatos stawia mnie na równe nogi… Schodzę na dół, a tam całkiem spora ekipa dołączyła do nas…Kolejni uczestnicy zjeżdżają się przez całą noc, a parking pod schroniskiem zapełnia się coraz lepszymi furami…
Z samego rana budzi mnie Strażak, dziś demo day – przynosi mi i Michałowi nowe Rubber Quenn’y 2.4 Hot Chili Na CRC życzą sobie 95 funciaków za sztukę…

Jazda we mgle

Jazda we mgle. (fot. Jan Tkocz)

Jaka jest trasa na sobotę? Dziś jedziemy planowaną trasą Enduro Trophy 2010 tyle tylko, że start mamy na wysokości 1200m npm, a nie na 800m npm.
Uderzamy na szczyt, stamtąd zjeżdżamy zielonym granicznym szlakiem do głębokiej jamy, to jeden z moich ulubionych szlaków w tej okolicy, szybki, kręty, wąski i z dużą ilością kamieni i korzeni, do tego całkiem spore nachylenie. Deszczowa pogoda powoduje, że powinienem być lekko przestraszony, ale opony i zawieszenie odwalają pracę nie do przecenienia. „Sprowadzamy” bardzo szybko… Czekamy na całą ekipę w miejscu, gdzie zaczynają się bagna… Przez krótkie wypłaszczenie się szlaku jedziemy po czeskiej stronie, u sąsiadów czekają na nas 3 drewniane kładki, które wszystkich nas bardzo radują.
Kiedy wracamy na naszą polską stronę, znów zaczyna się ostra zajawka korzenie o bardzo dużym zagęszczeniu i ukryte w paprociach progi, te nie są najgorsze, najbardziej zdradliwe są te ostre zakręty, których nie widać…. Jadę pierwszy i co jakiś czas krzyczę. Nie, to nie krzyk, to darcie się na całego „UWAAGAA! Trzydziestu jeden rowerzystów jedzieeeeeeeee…” Ludzie potulnie schodzą z drogi i z politowaniem patrzą na mnie i resztę bandy… Na tym zjeździe zaliczam dwie gleby spowodowane niedostosowaniem prędkości do warunków jazdy, punktów karnych nie otrzymałem. Tuż przed Głęboką Jamą znajduje się najciekawszy, z mojego punktu widzenia, etap. W warunkach mokrych jest trudny, ale tym razem, z tymi oponami, nie stanowi dla mnie najmniejszego problemu No, może poza jednym – że już się kończy…

Zjazd w takich warunkach wymaga maksymalnej koncentracji

Zjazd w takich warunkach wymaga maksymalnej koncentracji. (fot. Kartonier)

Kiedy wszyscy docierają do „jamy”, przechodzimy na stronę czeską i tam poruszamy się czerwonym szlakiem, który wiedzie nas szutrówką; niestety, poza mgłą i deszczem, niewiele więcej widać… Wraz z Michałem obalamy mit o niepodjeżdżających rowerach ze skokiem powyżej 400 mm (łącznie ;) ). Kiedy jesteśmy już powyżej szutrówki, większość z forumowiczów odpuszcza jazdę i pcha bicykle do góry. Harrego atakuje jakiś śmieszny Czech, który chce go zrzucić z roweru, bo tu niby nie wolno jeździć rowerem… Rozumiem, powiedzieć, ale żeby od razu z siłą? W 1939 roku tacy waleczni, to oni nie byli…
Na szczycie już prawie nikogo nie ma, wszyscy zjeżdżają od razu do schroniska, przebrać się, ogrzać itd… Na zjeździe ze szczytu łapię kapcia z tyłu… Za szybko jechałem i nawet 218mm skoku nie pomogło Zdarzenie to nie mogło obejść się bez komentarzy…
Po przerwie ruszamy w dalszą część trasy, jedziemy może kilometr i znowu kapeć. Znowu z tyłu. Przepraszam Was wszystkich za to, że tyle czekać musieliście, dzięki za wyrozumiałość, ale dzięki temu spotkaliśmy Zagubionego Valdara i kogoś jeszcze… Teraz jedziemy na Czarną Górę zmierzyć się z trasą FR. Chcę wybrać inną trasę, ale pomysł mój zostaje oprotestowany i jedziemy jakąś niezbyt przyjemną, używaną jedynie przez skrzaty i elfy drogę. Docieramy pod Czarną. Najpierw jednak podejście nartostradą – dla jednych podejście, a dla Janka podjazd – ten to ma zdrowie. Mówię Wam, koń jak mało kto! Mgła i deszcz demotywuje wielu z nas, ale wszyscy docierają do górnej stacji kolejki i stamtąd zaczyna się całkiem dobry zjazd Jest na nim wszystko- kamienie, korzenie, błoto śliskie, ciasne winkle, hopy itd… Jedni są zachwyceni, inni poirytowani, jedni latali hopy, inni z nich spadali….Nie sposób było nie mieć uśmiechu od ucha do ucha będąc po tym zjeździe, smaku tej chwili dodawał specyficzny zapach roweru, który nieodłącznie towarzyszy dobrym zjazdom
Cała grupa zjeżdża na dół, teraz dochodzi do przegrupowania – kilka osób wjeżdża kolejką na górę, aby szybciej być w schronisku, druga grupa (najbardziej liczna) jedzie na obiad i złocisty napój, trzecia grupa jedzie o własnych siłach do schroniska, wśród tej grupy jestem i ja…

Szalona ekipa piwopijców tak bardzo chciała urządzić sobie nightride’a, że ugrzęzła w karczmie na dobre… Chłopcy nie mieli już sił dojechać do schroniska.
Radiowy sygnał z kilkusekundowym opóźnieniem dochodzi do „bazy”, jest krótki i treściwy „SOS”.
Musimy wysłać misję ratunkową, z przekazu radiowego niewiele można zrozumieć; nie wiemy, czy to coś z Tanatosem, czy też ukształtowanie czasoprzestrzeni zagina i zniekształca sygnał…
Harry i ja ubieramy się w cywilne skafandry i ruszamy na ratunek…obżartuchom.
Co za niecierpliwe bestie… atakują nas ogromem telefonów i smsów… „za ile będziecie” itp….
Nie przyjmują entuzjastycznie wiadomości, że robimy jeszcze zakupy w Stonce, tfu, Biedronce.

Czternastu chłopa i 15 rowerów w jednym aucie… Czy to możliwe? Oczywiście, z naszą ekipą wszytko jest możliwe – chcecie poczuć klimat tego wyjazdu – obejrzyjcie filmik….

DSC_7854

Woda w dętkach męczy niczym kac. (fot. Harry)

W schronisku impreza na całego, większość „gości”, niczym zaduszkowe duchy, lekko chwiejnym „lotem”, szwenda się po budynku. Jedni szukają pustych puszek po piwie, inni – zaczepki.
Załoga zlotu zbiera się w holu, znosi upolowane w Tatrach Żubry, ci z Okocimia i Żywca opowiadają barwnie o złych rządach Piastów i ekspansji czeskiego Kozla na naszych łąkach… Godziny mijają, jadła ubywa…. Tymczasem kilku żartownisiów zniknęło niepostrzeżenie w otchłani ciemności. Poszli pucować i myć swoje rowery?
O trzeciej w nocy schronisko śpi… Nie spodziewa się konsekwencji nocnych wycieczek żartownisiów… Rano już wiadomo, kto stał się ofiarą. Woda w dętkach męczy niczym kac, nie każdy jest świadom, co ma w kole…

Tego ranka ruszamy na Trójmorski Wierch, jadąc przez Mały Śnieżnik… Dzisiaj, w porównaniu do dni poprzednich, pogoda jest świetna i jest dużo cieplej, ale mimo to, wycieczka ciągnie się niemiłosiernie. W międzyczasie przybywa nasz wielki wódz Malauch… złożył rower, naprawił młotkiem i spawarką silnik i dojechał Ta uradowana wiecznie twarz jest bezcenna w międzyczasie, na zwykłej psiej szutrówce, WalaJ spotyka matkę ziemię – łamie żebra, pęka mu krąg, i łamie kask… Na szczęście, wstaje o własnych siłach i jedzie dalej – Zuch!

Tym razem pogoda dopisała.

Widoki. (fot. Kartonier)

Wracamy do schroniska, wrzucamy wszystkie bambetle do Elteka i podążamy w kierunku parkingu. Gubi się Agnieszka z Ecią… zamiast skręcić w lewo na Żmijowiec, zjeżdżają do Kletna i Stronia… Ale co to dla Enduro bikerów kilka kilometrów więcej po asfalcie Wszytko dobrze się kończy.
Malauch, Jan, ATT Filip i Pil są dalej spragnieni jazdy… pakują się więc w EMTB wagon i ruszają na Czeskie single….

Dziękuję za wasze przybycie, za świetne towarzystwo.
Harlemowi i całej reszcie z pomoc przy moim złomie i za pedały, których do tej pory nie oddałem. Strażakowi za opony. Dziękuję też żartownisiom i wszystkim innym, o których zapomniałem.

Pozdrawiam,
Jędrek Cegielski

PS. Zapraszam do przejrzenia poświęconego zlotowi wątku na forum, gdzie znajdują się odnośniki do galerii zlotowiczów – http://emtb.pl/forumo/showthread.php?tid=1285

Oficjalna galeria ze zlotu już niebawem.

Menu