Szwecja

Wpis 330 z 351
Szwecja

Trzeba było nawet nosić

Na czym polega problem endurowca? Właśnie na poszukiwaniu problemów. Na przekór wszystkim i wszystkiemu jedziemy tam, gdzie nie da się zjechać, podjechać, czy w ogóle poruszać. A co robić, gdy tych problemów zaczyna brakować w okolicy, a nawet w kraju? Odpowiedź jest prosta: jedziemy ich szukać za granicę, gdzie, oprócz tych poszukiwanych przez nas, czyhają także te zupełnie oczywiste przeszkody jak bariera językowa, niepewny nocleg, niedostateczna ilość kasy, a zwłaszcza to, że czasami jesteśmy naprawdę daleko od domu. W poszukiwaniu tychże problemów, znaleźliśmy się w środkowej oraz północnej części Szwecji.

Każdy z nas wie, gdzie leży ten kraj. Dla wielu z nas kojarzy się on z siecią sklepów IKEA, Volvo, czy Polakami wyjeżdżającymi na zbiory jagód w celach zarobkowych. Mało jednak kto zdaje sobie sprawę z tego, że są tam góry. I to jakie! Piękne, dzikie i nieporównywalne do żadnych innych gór w europie centralnej. Na szlakach próżno szukać dwóch rzeczy: ludzi oraz schronisk. Można za to spotkać karibu, łosie i masę innych rogaczy. I jeszcze więcej poszukiwanych przez nas problemów…

Wielka chwila

Port GDYNIA

26 lipca, po długich planach i przygotowaniach, w końcu udało się nam wyjechać. Samochodem zapakowanym po brzegi sprzętem i jedzeniem ruszyliśmy w stronę Gdyni, skąd odpływa nasz prom do Karlskrony.

Jako że mieszkamy dokładnie na drugim końcu Polski, całą noc spędziliśmy w samochodzie.

Nazajutrz wczesnym rankiem nasz prom z nami na pokładzie wypłynął z portu, by po około 12 godzinach rejsu, dobić do brzegu Szwecji. Z mapą w ręku ruszyliśmy w stronę naszej pierwszej bazy, miejscowość Salen, leżącej w środkowo- zachodniej części kraju.

Po dwóch dniach spędzonych w samochodzie

Nawet się kłania

Miejscowość Salen to niewielkie miasteczko będące, jadąc z południa na północ, najbliżej położoną bazą narciarską w Szwecji. W sezonie letnim, to świetna baza wypadowa na okoliczne szczyty, wyrastające na wysokość ok 1000m n.p.m. Mamy tutaj do dyspozycji sporo szlaków pieszych, ze zdecydowaną przewagą tych zimowych. Po zaopatrzeniu się w mapę w miejscowej informacji turystycznej, postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia zdobyć dwa najwyższe szczyty: Storfiallet (965m) oraz Melanfialet (925m). Po krótkim zorganizowaniu się siedzieliśmy już na swoich bikeach, które aż rwały się do jazdy. Szlak biegnący na ten pierwszy zaliczyliśmy do dość przyjaznych, i generalnie bezproblemowych. Drobne kamienie przeplatały się z miękkim torfem, kontrastującym ciemnym kolorem z zieloną niskopienną roślinnością, dzięki czemu wyraźnie widać było trasę. Bezstresowa jazda skończyła się z chwilą dojechania do ogromnego bagna, leżącego w kotlinie pomiędzy tymi dwoma szczytami. Jak wszyscy wiedzą, Szwedzi to bardzo praktyczny naród, dlatego też wymyślili sprytny patent na to, by nie taplać się w bagnach. Na jego powierzchni ułożyli ścieżki zbudowane z dwóch cienkich desek zbitych z sobą „do kupy”. Skorzystaliśmy z tego udogodnienia zwłaszcza, dlatego iż w Polsce próżno szukać urozmaiceń tego typu. Jak się później okazało kładki te nie służą wygodnictwu, lecz ochronie roślin rosnących na bagnachJ. Z drugiego szczytu do naszej bazy biegnie trasa zjazdowa miejscowego bikeparku, którą bardzo chętnie zaliczyliśmy.

Obóz

Ok. Tego dnia na trasie nie natknęliśmy się na wiele problemów, ale znalezienie noclegu niewątpliwie nim było. Na pole namiotowe, nie mówiąc już o prywatnej kwaterze nie było nas stać, postanowiliśmy więc znaleźć cos „na dziko”. I tutaj Szwedzi znowu nas zaskoczyli. Otóż przy każdej rzeczce czy jeziorku znajduje się mini- pole dla wędkarzy. Można na nim śmiało rozbić namiot czy zaparkować wóz kempingowy. Do dyspozycji często są także ławeczki ze stolikami oraz palenisko z rusztem. Co ciekawe, jest to za kompletną darmochę (sami Szwedzi również z tego korzystają).

 

Jadąc droga na północ

W drodze do Morkret, naszego następnego przystanku oddalonego o ponad 100 km od Salen, zatrzymaliśmy się w miejscowości Tandadalen, skąd wiedzie szlak na szczyty Kallfialet(903m) oraz Stor-nafiallet. Po krótkim namyśle, postanowiliśmy zdobyć je oba, nie zdając sobie sprawy z tego, co nas tam czeka. Luźne kamienie sporych rozmiarów zalegające na szlaku skutecznie uniemożliwiały sprawne poruszanie się. Średnia prędkość zarówno w dół jak i w górę wynosiła ledwo ponad 13km/h. Do tego jeszcze mimo ostrzeżeń szwedzkiego turysty wpakowaliśmy się w bagno ciągnące się przez około 7km. Po około 1 godzinie jazdy przypominającą jazdę po gąbce, udało nam się dotrzeć do parkingu, z którego ruszyliśmy w dalszą drogę do miejscowości Morkret.

Wodospad Njupeskar i wypięty szczupak

Widać ogrom

Tego dnia pech prześladował nas od samego rana. Wcześniejszą pobudkę zapewnił nam padający deszcz, dlatego też szybciutko zwinęliśmy obóz, jeszcze szybciej zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w stronę parkingu, skąd początek bierze nasz szlak. Na miejscu okazało się, iż wodospad leży na terenie parku narodowego, więc o wjechaniu tam na rowerach mogliśmy sobie tylko pomarzyć. Stwierdziliśmy jednak, iż warto poświęcić jeden dzień poruszając się na piechotę by zobaczyć to 125-metrowe cudo natury. A co do szczupaka było to tak: chcieliśmy złowić coś na obiad w jednym z przydrożnych jeziorek dosłownie przepełnionych rybami. Po kilku próbach złapał się około 70-centymetrowy szczupak, który niestety wygrał nierówną walkę z niedoświadczonymi wędkarzami. Dodam jeszcze tylko, że Marcin, który miał robić za ‘podbierak’ w strategicznym momencie stwierdził, że szczupak może go ugryźć i skapitulował. Tym samym nasz obiad dał nura na głęboką wodę i tyle go widzieliśmy. Przemoczeni i głodni ruszyliśmy szutrową drogą na północ.

Puste szlaki Grovelsjon

Mała przygraniczna miejscowość Grovelsjon to świetna baza wypadowa na wszystkie okoliczne szczyty, także na te leżące po stronie Norweskiej. Granica istniej tylko na papierze, więc po szlakach można poruszać się swobodnie bez paszportu. Szczyt Storvatteshagnen liczący 1204 m n.p.m. przysporzył nam wielu problemów, głównie ze względu na bardzo kamienisty, a wręcz skalny charakter szlaku. Do sprawnego poruszania po tym terenie najlepiej nadawałby się hmmm… Sam nie wiem, co. Może najprościej było by go przejść pieszo. My jednak pokazaliśmy klasę i cała trasę przejechaliśmy kręcąc pedałami, które raz po raz obijały się o stromo wystające głazy. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że natknęliśmy się na „snejka”, czyli chmarę wygłodniałych komarów, przed którymi i tak nie da się uciec. Na dodatek nasz sprzęt foto zrobił nam psikusa i tego dnia nie zrobiliśmy już więcej zdjęć. Miłym akcentem zakańczającym całą trasę było spotkanie miejscowego łosia. Niestety był zaraz po zrzuceniu poroża, więc nie wyglądał zbyt imponująco, ale i tak zobaczenie go w swoim naturalnym środowisku a nie w ZOO było przyjemnym widokiem.

Szwecja była by rajem gdyby…

 

Bardzo przyjemna ścieżka

Ten problem jest naprawdę malusieńkich rozmiarów. Jest bardzo uciążliwy i niestety ze względu na warunki, jakie panują w Szwecji, jest praktycznie nie do wyeliminowania. Chodzi o komary i tak zwane muszki, uwielbiające wodę i lasy, a obydwu tych rzeczy tam nie brakuje. Największą inwazję przeżyliśmy w niewielkiej miejscowości Ljungdalen, oddalonej od Grovelsjon  o 250 km na północ. Kilka kilometrów przed wioską kończy się ogromny płaskowyż Flatruet, na którym około 4000 lat temu mieszkali nasi przodkowie, pozostawiając nam po sobie dobrze zachowane malowidła skalne. Trasę tę, w ogólnym rozrachunku całej wyprawy, zaliczyliśmy do jednej z przyjemniejszych. Gliniaste ścieżki przeplatały się z wszechobecnymi kładkami leżącymi na bagnach. Pełnię szczęścia zapewniły ogromne skalne płyty, płaskie niczym stół bilardowy. Całość zwieńczył bardzo przyjemny zjazd.

Prawie jak lodowiec

Drugiego dnia postanowiliśmy zaatakować lodowiec leżący na północnym zboczu góry Helagsfiallet 1799m n.p.m. Niestety pogoda nam nie sprzyjała, od rana padał deszcz, góry okryła gęsta mgła, a temperatura spadła do nieprzyjemnych 7 stopni. My jednak skuszeni paroma przebłyskami słońca, licząc na jakieś rozpogodzenie, postanowiliśmy wyruszyć na szlak. Po około 14 km taplania się w torfowym błocie dotarliśmy do schroniska. Nawiasem pisząc jedynego, jakie udało nam się spotkać w czasie naszej eskapady. Niestety pogoda nie dała za wygraną. Mgła gęstniała a temperatura spadła jeszcze o kilka stopni… Postanowiliśmy zawrócić. Wiatr, który dotychczas wiał nam w plecy teraz stał się naszym największym wrogiem. Stawy naszych kolan oraz palców narażone na jego przeszywające zimno zdawały się gęstnieć niczym olej w amortyzatorach. To, jakie były warunki na szlaku, najlepiej obrazowały okładziny moich „hejsów”, a raczej ich brak (wymieniałem na nowe przed wyjazdem). Pani w informacji turystycznej dała nam „cynka”, że jadąc na północ na pewno trafimy na ładną pogodę. Tak też zrobiliśmy i nie tracąc chwili ruszyliśmy w stronę Are oddalonego o następne 200km.

Are – szwedzka stolica rowerów górskich

Raj dla rowerzystów górskich

Miejscowość ta znana jest głównie za sprawą rozgrywanych tutaj zawodów zimowych w kombinacjach zjazdowych. Latem zmienia się jednak w bazę rowerową. Na zboczach góry Areskutan(1410m.n.p.m. ) do dyspozycji jest kilka wyciągów krzesełkowych oraz wagonik, którego stacja końcowa usytuowana jest tuż pod szczytem. Stamtąd też biorą początek trasy zjazdowe miejscowego bikeparku. W dolnej jego części jest kilka tras dualowo-4x, a także freerideowych, łącznie z parkiem do slopstyle’u oraz kilkoma dirtami. Po przestudiowaniu mapy stwierdziliśmy, że na szczyt najlepiej będzie jechać żółtym szlakiem od zachodniej strony. Był długi i wszystko wskazywało na to, że będzie się dało go pokonać nie zsiadając z siodełek rowerów. W istocie tak było. Wąska ścieżka trawersowała zbocze góry, jednak wiedzieliśmy, że ta przyjemność zakończy się z chwilą wyjechania nad linię lasu. Tak też się stało. Ostanie 400metrów dzielących nas do szczytu było prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości, a role, można by rzec, totalnie się odwróciły. Tym razem my musieliśmy taszczyć rowery nas swoich plecach, bo nie sposób było ich prowadzić po prawie pionowej ścieżynce, biegnącej wśród niepewnie zakotwiczonych głazów. W przeciwieństwie do nas stado reniferów, które spotkaliśmy na szczycie czuło się tam jak w domu. Postanowiliśmy dostać się na szczyt Renfialet (986m.n.p.m.) leżącego dokładnie po przeciwnej stronie, patrząc na południe ze szczytu Areskutan-u drogą dla quadów. Tym razem sprzyjało nam szczęście i udało się bez problemów dotrzeć na szczyt. Droga powrotna jednak nie była dla nas już tak łaskawa. Ze względu na bardzo małą popularność tamtejszych terenów, oznaczenie szlaku uległo zniszczeniu tracąc się wśród wysokich traw bagien… Po kilku godzinach jazdy w poszukiwaniu szlaku lub czegoś, po czym dałoby się normalnie jechać, trafiliśmy na nieoznaczoną na mapie drogę Szwedzkiej administracji leśnej, dzięki której dojechaliśmy do bazy.

 

 

 

 

 

Sulwiken oraz Kolasen

 

Widok na dolinę

Te małe wioski to typowe miejsca, w których człowiek może się zaszyć zapominając o całym świecie. Jedna i druga liczą około 300 stałych mieszkańców. Sklep jest tutaj jednocześnie stacją benzynową, pocztą, kempingiem i wypożyczalnią sprzętu wędkarskiego. W otaczających ich górach próżno szukać szlaków, śnieg zalega już na wysokości 1000 metrów, a dookoła pełno dzikich zwierząt. Sprytnym sposobem połączyliśmy te dwie miejscowości robiąc 80-kilometrową pętlę wokół jeziora Juvulun. Droga nie należała do tych spod znaku ekstremy, była to natomiast niebiańsko przyjemna szutrówka, cały czas biegnąca wzdłuż brzegów zbiornika. W połowie trasy trafiliśmy na kolejne malowidła skalne z tej samej epoki co poprzednie. Wracając druga stroną jeziora mieliśmy przed sobą majestatyczne szczyty Skalverfiallen, których już niestety nie zdążyliśmy zwiedzić ze względu na planowany następnego dnia powrót do kraju. Przez ostatnie godziny napawaliśmy się widokiem słońca zachodzącego za pobliskie góry siedząc na wiekowym molo miejscowego jeziora, które, mimo że do małych nie należało, z pewnością w tej chwili było zarezerwowane tylko dla nas. Następnego dnia z ciężkimi sercami spakowaliśmy się, dojedliśmy ostatnie zapasy żywności i obraliśmy kierunek: dom. Mimo, że jeździliśmy aż 12 dni, była to zaledwie kropla w morzu w porównani z tym, co szwedzkie góry mają nam do zaoferowania. Dlatego wiemy, że na pewno tam wrócimy!

 

 

 

 

Serdeczne dzięki!!!

 

Nasze marzenie mogliśmy spełnić w dużej mierze dzięki życzliwym ludziom, jacy wbrew wszystkiemu są jeszcze w Polsce. W tym miejscu chcielibyśmy im podziękować:

  • Krakowskiej firmie DUNCON za ramy Akita, stery i ciuchy;

Za wsparcie finansowe:

  • Sklepom sportowym BIKER
  • Ośrodkowi Promocji Gminy
  • Bankowi Spółdzielczemu w Węgierskiej Górce
  • Składom budowlanym „SOMAREX”
  • Firmie Wojciecha Gawła „MOSTMAR”

I wszystkim tym, którzy w każdy inny sposób przyczynili się do spełnienia naszej misji.

Tekst: Marcin Szuwar
Zdjęcia: Marcin Szuwar, Michał Bodek

Więcej zdjęć:

4 komentarze

Jacek1 stycznia 2010 at 11:28Powtórz

Fajna imprezka. Ale najważniejsze: Czy temu jeleniowi ;) te rogi zbytnio nie przeszkadzały?

Szuwar2 stycznia 2010 at 14:52Powtórz

Jeleniowi takie duże by pewnie przeszkadzały ale renifery to już sobie jakoś radzą :)

hombre3 stycznia 2010 at 22:48Powtórz

Mocne! Będę nieco przyziemny i zapytam jak to wyszło kosztowo (rząd wielkości, bez detalu)?

Szuwar5 stycznia 2010 at 12:37Powtórz

Najdroższy jest dojazd /prom, paliwo do auta/ samochodem zrobiliśmy ponad 4,5 tysia km.
Nasz budżet zamkną się około 2tysie na głowę
Jedzenie z polski bo u nas lepsze szczególnie chlebek tam mają głównie tostowe, izotoniki też od nas. Jak ktoś mieszka na pólnocy polski to ma dóżo lepiej My z Węgierskiej Gorki k. Żywca na starcie mieliśmy cała Polskę do przejechania.
Jak kolejny raz pojedziemy a bardzo chce tam wrócić i pojechać jeszcze wyżej na północ w okolice Koła Podbiegunowego :)’ to zrezygnujemy z promu tylko przez Danie wielkim mostem do Szwecji.

Menu